Historia dzikowskiego wozaka – czyli jak Hulak objechał kulę ziemską

Leopold Hulak z Nowego Dzikowa przez 25 lat, każdego dnia, zwoził mleko furmanką z całej wioski do miejscowego punktu skupu. Pewnego dnia, gdy kończył już swoją karierę woźnicy, jeden z kolegów przy piwie wyliczył mu, że w tym czasie z bańkami przejechał trasę o długości dwóch równików ziemskich. Okazuje się, że to prawdziwe wyliczenia, a miejscowy podróżnik do tej pory nie może w to uwierzyć, bo przecież jeździł “tylko po wsi”.

Leopold Hulak, fot. Ziemia Lubaczowska.

Kiedy ktoś w Nowym Dzikowie chce ustalić jakąś lokalizację i przykładowo mówi “koło Hulaka” to niewiele sobie ułatwi. Hulaków tu masa. Jeśli jednak doda, że koło tego co woził mleko, to jest praktycznie u celu. Leopold Hulak, trochę błędnie nazwany wcześniej mleczarzem to wozak, czyli człowiek zajmujący się przewozem mleka wozem konnym. Mieszkańcy mówili, że do jego punktualnych przejazdów przez wioskę można było nastawiać zegarek. Przez 25 lat, 7 dni w tygodniu, pokonywał 10 kilometrów dziennie. Nie było niedzieli, ani świąt. Jedyne dwa wolne dni w roku to Niedziela Wielkanocna i Boże Narodzenie.

Codziennie rano trzeba było wstać o wschodzie słońca. Ja musiałem konie nakarmić, a w tym czasie żona wydoiła krowy. Brałem swoje mleko na wóz i jechałem do Murowanki – do końca Nowego Dzikowa. Tam zaczynałem zbieranie baniek, aż do miejscowej zlewni, gdzie żona przyjmowała i zapisywała do rejestru: ile litrów i jaka zawartość tłuszczu. Później te bańki trzeba było odwieźć i z powrotem wrócić. To było cztery tury po 2,5 km – razem 10 km. Z drugiej strony od lasu do zlewni był inni wozacy – Symko, Zając, Strycharz. W międzyczasie przyjeżdżał jeszcze Ułazów.

Droga była dobra?

Oj droga była, choć w sumie to jej nie było. Szosa nieutwardzona, tylko doły i dziury. Wszystko powywracane, piach i kamień. Na początku miałem jednego konia, później dwa młode. W wozie konnym była skrzynia zrobiona na kilkanaście baniek. Nie schodziłem z wozu tylko jedną ręką „dwudziestkę” dźwigałem z ziemi i na wóz, a bańki stały na każdym mostku co 5 – 10 metrów. W zimie przeważnie saniami. Później jak pojawiły się samochody to zaczęli sypać solą i nie dało rady. Nie zawsze też była możliwość koniem jechać. Jak nie był okuty, albo jak było bardzo ślisko, lód na drodze to wtedy ciągnikiem – ruskim Wladimircem. To było jednak niepraktyczne, bo za każdym razem trzeba było schodzić. Czasami pomagał wnuk, to było nieco szybciej. Na koniec w sklepie u Rusinka kupowałem mu za to irysy. Jakoś tak się przyzwyczaiłem, czy deszcz, czy pogoda, jechało się i koniec.

Praca wozaka to nie tylko transport. W sezonie musiał ręcznie przelać nawet 6 ton mleka dziennie:

W maju i czerwcu było około 1600 litrów mleka dziennie. W zimie było lżej może 300 – 400 litrów. Na każdym mostku bańka – lżejsze dziesiątki, w sezonie więcej dwudziestek i cięższe – 30-litrowe. Każdą dźwignąć z ziemi na wóz, z wozu do zlewni, ze zlewni do miernika i z miernika do chłodni – razem 4 razy. To jak było 1,5 tony mleka to w sumie 6 ton dziennie. Czasem ludzie wrzucali mi na przyczepę, ale przeważnie musiałem kilka razy schodzić z wozu.

Sam przyznaje, że w takim czasie przejechanie kuli ziemskiej jest możliwe, ale szczególnie się tym nie interesował:

Ja tego akurat nie sprawdzałem. Podobno u Goraja w sklepie nieraz sobie piwkowali i tam obliczyli. Mówił mi o tym mój brat Janek, że tyle objechałem.

Okazuje się, że jest możliwe furmanką zrobić taki kawał drogi. Czy gdyby miał wybór: przejechać każdego dnia wioskę czy raz kulę ziemską, odpowiada:

Świat dookoła na pewno trochę trudniej i raczej bym się na to nie skusił. Wtedy nie myślałem o tym, że to będzie aż tyle.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *