Dycki

Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki wśród nominacji do Nike

Tegoroczne nominacje do najważniejszej w Polsce Nagrody Literackiej „Nike” wyłoniły, po raz kolejny zresztą, pochodzącego z Wólki Krowickiej Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego za tom wierszy pt. „Nie dam ci siebie w żadnej postaci”.

Szukając w Internecie informacji o człowieku wpisanym już do kanonu współczesnej literatury, natrafiam wielokrotnie na intrygujące twierdzenie: Jest bodaj jedynym polskim pisarzem, który nie udzielił żadnego wywiadu. Nawet po odebraniu Nagrody Literackiej Nike w 2009 r. Owszem, w internecie można znaleźć szczegółowe recenzje, opracowania wszystkich tomów wierszy, nagrania ze spotkań z czytelnikami oraz artykuły o sylwetce. Można dowiedzieć się wszystkiego: urodził się w 1962 roku w Wólce Krowickiej k. Lubaczowa, jest absolwentem filologii polskiej UMCS, debiutował w 90. roku, mieszka w Warszawie, o czym jest jego twórczość, za co dostał szereg nagród literackich itd.. Mimo wszystko jest to człowiek aktywny, który pokazuje się na festiwalach i co najważniejsze – mówi o poezji. W moim domu mówiło się po ukraińsku z wyjątkiem mojej polskiej babci, której zawdzięczam polską edukację. Powiedziała: „musimy wreszcie opowiedzieć się po jakiejś stronie”. Dla mnie nie było żadnej alternatywy: „za poezją”. Jednak zagłębiając się dalej – powiało grozą. Pytam, czy gmina Lubaczów lub jakaś instytucja ma z nim kontakt. Okazało się, że po odebraniu Nike, osiem lat temu, zaproszenie w rodzinne strony było bezskuteczne. Słyszę: „ale tam była jakaś śmierć, jakaś choroba psychiczna”. I tutaj wkraczamy już na teren twórczości. Jaki to rodzaj choroby możemy wnioskować z: „Piosenki o chorobie dwubiegunowej”.

W jednym z nagrań mówi: Moja matka skazana już od wielu lat na leczenie psychiatryczne, oświadczyła mi, że jest, ni stąd ni zowąd, kochanką Norwida. Mieszkaliśmy jeszcze wtedy w Wólce Krowickiej, tam gdzie się urodziłem. I to nagle spowodowało jedno, wielkie łomotanie w moim czternastoletnim życiu. Ta zupełnie obłąkańcza historia z Norwidem najprawdopodobniej zwróciła mnie ku polskości i polszczyźnie. Bo wiedziałem, że matka w najlepszym sensie bredzi, wiedziałem, że matka mnie naciąga, bądź to okłamuje, ale nie umiałem uciec od tego jej chorego skojarzenia. I myślę, że to moje pisanie jest pójściem za Norwidem, za słowem, za tym, co jest ulotne, niepochwytne, nieobecne. Właściwie opowiadamy sobie o czymś diablo nieobecnym, bo chyba poezja nie jest nikomu potrzebna.

Mimo wszystko opowiada. Nam i sobie. W charakterystycznej technice poetyckiej – Dycki ma leśne ucho – idzie linia rytmiczna i powtarzalność elementów. Bez stwierdzenia: na ile jest biograficzny i w jaki sposób przetwarza trudne doświadczenia śmierci, choroby, erotyzmu w lirykę nacechowaną filozoficznie.

Wyszedłem, a wcześniej wyrastałem w domu, o którym się zawsze mówiło między domownikami, dalszymi i bliższymi, że jesteśmy domem, który po II wojnie światowej nie potrafił zorganizować się na nowo – jako rodzina i jako dom. Był to dom pogubionych i zagubionych, skazanych niekiedy wyłącznie na siebie, starych ludzi. Ten dom pustoszał. Dziwnością tego domu, w którym wyrastałem, była specyficzna, może wyniesiona z Kresów, nie wiem skąd to przyplątało się, jeżeli nie konieczność to potrzeba opłakiwania kolejnych umierających. Rzeczywiście w pewnym momencie zorientowałem się, że ten dom organizuje mnie emocjonalnie po stronie tego, co w nim się rozgrywa (…). Wyobraziłem sobie, że od tego nie ma ani odejścia, ani odbicia, ani jakiejkolwiek ucieczki.

Jak mówi tytuł ostatniego tomu wierszy: „Nie dam ci siebie w żadnej postaci” – niech tak pozostanie.

Jak powiedział Jerzy Jarniewicz podczas wręczania w 2009 roku autorowi Nagrody Literackiej Gdynia: Nie jest to poezja, która ubiera się z fatałaszki, bo nie chce powierzyć nam swojej nagości. Albo przeciwnie, nie jest to poezja, która zrzuca z siebie wszystko i pręży się i obraca i kłania się na lewo i na prawo – goła.

Justyna Ziętek

„Piosenka o chorobie dwubiegunowej”
przede wszystkim zaś należy
uwzględnić fakt
że poezja (niczym choroba
dwubiegunowa) toczy się kołem i nigdy jej za wiele
dokąd się toczysz
mój bezrozumny bezdomny
wierszu („Nikt, nikt
nie chce nas w jednym
kawałku”) najlepiej byłoby ci
w Lisich Jamach a jeszcze
lepiej w szkolnym podręczniku
i nie ma tu nic do rzeczy ów denaturat
który piła matka Boże mój wielki to fakt
ogólnie znany że po upływie tylu lat
prześladują mnie ukryte przez nią butelki

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *