felietonjanczuryIMG_5773

LUBACZÓW WŚRÓD MIAST (CZĘŚĆ 1)

Wychodziłem z istniejącej jeszcze wtedy Alicji. Miasto opustoszało, poszliśmy na deptak. Było nas kilku. Każdego znałem dopiero od paru godzin, a wydawało mi się, że od zawsze. Wspominaliśmy, tu był kiedyś park, tam Łoś, u bidnej baby kupowało się fajki na sztukę. Tematy, które zawsze smakują, gdy trzeba się napić przy barze. I w końcu zapytali mnie: kto ty jesteś, ja cię tu nigdy nie widziałem. Ja na to: Marka Syn.

Zawsze przedstawiałem się, jako Marka Syn, gdybym przedstawiał się inaczej, pewnie byłoby ze mną krucho. A tak, powołując się na niezwykłą popularność mojego ojca, mogłem w spokoju jeździć po okolicznych wsiach i pytać ludzi o wszystko. Dosłownie wszystko. Bo wszystko mnie ciekawiło, kiedy po kilku latach w Krakowie wróciłem na moment do Lubaczowa. Chciałem się z tą ziemią pogodzić, albowiem kiedy ojciec umarł, nie dawała mi ona spokoju.

I szukałem wtedy znaków szczególnych. Próbowałem sobie przypomnieć, czym było moje życie, zanim wyjechałem do dużego miasta, zanim zacząłem błąkać się po Polsce. Zanim zaczęło się życie literackie, tony alkoholu, degeneracja. Brzmi strasznie, wiem. Ale młodość ma swoje prawa, a zwłaszcza prawo do głupoty.

Ukraiński pisarz, który niegdyś gościł w Lubaczowie, Jurij Andruchowycz, napisał książkę pod tytułem „Leksykon miast intymnych”. Opisał w niej miejsca, które odwiedził na przestrzeni życia. Jedne bardziej szczegółowo, drugie mniej, natomiast książka ta ukazywała ciekawie prawdę, że na miasto składa się nie tylko sieć dróg i budynków, przestrzeń. Jest to również cała masa emocji, które przechowują zarówno autochtoni, jak i odwiedzający. A kiedy miasto jest miejscem urodzenia, obraz tego miejsca także się zmienia z czasem, zmienia z każdym jednym odkrytym na mapie punktem. Jak pisał Bruno Schulz:

Czy czujecie tajemny, głęboki sens tej przygody, gdy wątły i blady maturzysta wychodzi przez szklane drzwi z bezpiecznej przystani sam jeden w bezmiar nocy lipcowej? Czy przebrnie kiedyś te czarne moczary, trzęsawiska i przepaście nieskończonej nocy, czy wyląduje jakiegoś poranku w bezpiecznym porcie? Ile dziesiątek lat trwać będzie ta czarna odyseja? Nikt jeszcze nie napisał topografii nocy lipcowej. W geografii wewnętrznego kosmosu te karty są niezapisane. (Bruno Schulz, Wiosna)

Pytałem wtedy siebie: czym jest Lubaczów? Jak go zapamietałeś? Czym jest dla
ciebie teraz?

Do Jarosławia niedaleko
Szkołę średnią przemęczyłem w Jarosławiu. Kiedy zaczynałem, wydawało mi się, że to krok w przód. Kiedy kończyłem, stwierdziłem, że to był spory krok w tył, choć szkoła miała być elitarna, a miasto o wiele bardziej bujne i ludne niż chociażby Oleszyce, w których mieszkałem od kilku lat z rodzicami. Tymczasem elitarność liceum im. Mikołaja Kopernika polegała tylko na słowach, zaś miasto, samo w sobie, było niestety ruiną kilku pięknych kamienic, pamiętających dobre czasy Cesarsko-Królewskiej Monarchii. Na próżno szukałem wówczas jakiejkolwiek kultury, natrafiłem jedynie na narzekanie. Tak, wśród jarosławskiego mieszczaństwa panuje uczucie pustki. Resztki potomków ludzi ocalałych z pożogi, jaką wyrządziła tam II wojna światowa, wzdychają jedynie, mówiąc o wiejskich tabunach, które zalały Jarosław zaraz po wojnie.

I to właśnie dziś jest w Jarosławiu najśmieszniejsze: kołtuńskie poczucie wielkomiejskości. Wielkie ma to być miasto, w dodatku na sposób amerykański. Od lat bryluje jarosławska drużyna koszykarska, od lat również błyszczą jarosławscy skejterzy. Kiedy w liceum słuchałem rapu, w Jarosławiu nauczyłem się słuchać raperów z Ameryki. Polski hip-hop był tam zdecydowanie passé. Koledzy, których poznawałem, nosili złote łańcuchy, a dziewczyny z mojej klasy uczęszczały na solarium w sposób wręcz obsesyjny. Chciały być czarne. Jak najczarniejsze.

Wtedy to weekendy spędzane w Lubaczowie pozwalały mi odreagować. Był to pierwszy moment, kiedy Lubaczów stawał się miejscem azylu. Nie chciałem zbytnio integrować się z jarosławską młodzieżą, wydawała mi się odrażająca. Była za to dobra w robieniu interesów i często miałem co trzeba, kiedy jechałem w rodzinne strony. Ale wtedy właśnie zauważyłem, że coś zupełnie innego buduje lubaczowską wspólnotę, coś, czego Jarosław nie potrafi sobie wyobrazić. I wciąż nie wiedziałem, co to takiego.

Wychowawca mojej klasy kilka lat temu popełnił samobójstwo. Miał tyle lat, co ja teraz. Ponoć rozpił się, popadł w długi. Porzuciła go żona. Chciał prowadzić wielką firmę, ale nie wyszło. Tak zapamiętam Jarosław. Jako wielkie, amerykańskie ambicje, którym nie wyszło.

Do Przemyśla dalej
W Przemyślu znalazłem się na skutek życiowych perturbacji. Problemy rodzinne nie pozwalały mi spokojnie żyć podczas moich pierwszych krakowskich studiów, jak zwykle pakowałem się w kłopoty. Musiałem uciec. Znowu „odreagować”. Znowu zacząć żyć normalnie (?).

Jeździłem tam przez jakiś czas grywać próby i koncerty z moim ówczesnym zespołem Ćma. Kultura przemyska mnie zaintrygowała. Zaintrygowała przede wszystkim swoim istnieniem, wciąż kultywowaną mieszczańskością. Nie miałem pojęcia, że nieopodal mojego domu funkcjonuje zamknięty świat, w którym tyle się dzieje. I dzieje się tak, jak to działo się w Krakowie. Eventy artystyczne przygotowywane były ze smakiem i rozmachem, a w kawiarniach dyskutowano o literaturze. Mieszkańcy Przemyśla dumnie spacerowali w niedzielę na wzgórze zamkowe, z którego roztaczały się piękne widoki na całą okolicę.

I ta duma mnie ujęła. Spędziłem w Przemyślu następne dwa lata, z pasją uczęszczając na zajęcia z Polonistyki na tamtejszej uczelni. Nigdy nie miałem pojęcia, że to tam rozwinę najmocniej swoje literackie zainteresowania. Ale, no właśnie. Kiedy rok temu odwiedziłem Przemyśl ponownie, z moim przyjacielem, znanym pisarzem, westchnął on tam, z niekrytą egzaltacją: to ostatni ślad po Austrii.

Najprawdopodobniej o to w tym chodzi. I nie dziwi pogodne usposobienie Przemyślan, ta swoista charakterność. Zazdrościłem im, nie ukrywam.

Bardzo, bardzo chciałem wtedy odkryć galicyjskość Lubaczowa, Lubaczowa i Oleszyc, o których napiszę kiedy indziej. I plątałem się po żydowskich cmentarzach, i szukałem starych domów, kamienic. Ale tu coś ogłuchło.

Coś uciekło bezpowrotnie. Stary dworzec był po prostu starym dworcem, jeszcze jedną opuszczoną stacją na tym starym, kolejowym szlaku. Cmentarz to cmentarz, park to park. Nici z opowieści, nici z historii. Z dnia na dzień coraz bardziej wydostawała się spomiędzy ust tutejszych tragedia. Stara tragedia.

Lubaczów to Wołyń
Takie było fiasko moich pierwszych poszukiwań lubaczowskiej tożsamości. Nie, w Lubaczowie próżno szukać Szwejka. Próżno szukać żydowskich śladów. Próżno szukać kulturowych mezaliansów. Coś kiedyś było, teraz nic nie ma. Czy więc miałem się poddać?

Cdn.

Konrad Janczura – (1988) urodzony w Lubaczowie, wychowywany w Oleszycach. Obecnie mieszkaniec Bukaresztu. W swojej debiutanckiej, dobrze przyjętej powieści Przemytnicy starał się ująć esencję życia pogranicza polsko-ukraińskiego. Autor opowiadań i tekstów prasowych. Na co dzień pracownik korporacji.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *