martynaIMG_20170907_194004

TAKI NIEZNOŚNY PECH

Po kilku latach rehabilitacji Martyna Dziadura, która na skutek udaru mózgu ma sparaliżowaną prawą stronę ciała, wraz z narzeczonym Marcinem Kotylą i przyjaciółmi, udała się na zasłużony odpoczynek. Wakacje nie zakończyły się szczęśliwie.

Wydawać by się mogło, że w życiu Martyny i Marcina już wszystko idzie w dobrym kierunku. Para, chcąc choć na chwilę zapomnieć o trudach leczenia i rehabilitacji, postanowiła wybrać się na wakacje ze znajomymi. W ostatnim czasie, śledząc ceny biletów i wyłapując „perełki”, czyli tanie podróżowanie, polecieli na wschodni brzeg Hiszpanii. Kraj ten przywitał ich wszechobecną życzliwością. Były plaża, słońce, ciepły wiatr, niezapomniany klimat, piękne widoki, dobra kuchnia, ale pojawił się także on – ten nieznośny pech.

Zaczęło się od plażowania. Pamiętając o chorobie Martyna nie wystawiała się na słońce. Leżała w cieniu z kapeluszem na głowie i pod parasolem. Dodatkowo wysmarowała się kremem do opalania, prawie od stóp do głów. Prawie, bo akurat o stopach zapomniała. Poparzenie dawało się we znaki podczas zwiedzania. Ci, co czytając bloga (http://tynatru.blogspot.com/) śledzą losy Martyny, wiedzą, że to dziewczyna, która nigdy się nie poddaje. Martyna, mimo dyskomfortu ruszyła w dalszą drogę z przyjaciółmi, by zwiedzić okoliczny las palmowy w Elche, Nowy Jork Europy czyli Benidorm oraz leżące nieopodal wodospady Fuente de Algar. Tam znów pojawił się on – pech.

Kierując się do wyjścia Martyna straciła panowanie nad nogami i przewróciła się na kamieniach lądując na łokciu. Urazowi uległa sprawna ręka, która od kilku lat przejmuje funkcje prawej – niewładnej. W szpitalu, podczas prześwietlenia, okazało się, że pęknięta jest jedna z kości przedramienia – na skutek upadku doszło do podgłowowego złamania kości promieniowej, które często leczone jest operacyjnie. Na szczęście w Polsce, po dokładnych badaniach, stwierdzono że dalsze leczenie odbędzie się bez „cięcia”. Lekarze, wiedząc, że Martyna nie ma do końca władnej prawej ręki, na lewą, tę złamaną, zamiast gipsu, założyli ortezę z blokadą w łokciu, by ręka nie mogła wykonywać zbędnych ruchów, dając jej tym samym szansę na spokojny zrost. Dla dziewczyny oznacza to jedno – jeszcze większy wysiłek w codziennych czynnościach i rehabilitacja nie jednej, a dwóch rąk.

Wiem, że życie potrafi zaskoczyć, uwierzcie, wiem to doskonale, ale co by się nie działo – nadzieja umiera ostatnia i nigdy, ale to nigdy nie należy jej tracić. – pisze na blogu Marcin, narzeczony Martyny.

Martyna Dziadura, gdy miała 26 lat przeszła udar mózgu. Wykryto u niej toczeń układowy wraz z zespołem antyfosfolipidowym. Okazem zdrowia była do 2 lipca 2014 roku. Wcześniej jej życie toczyło się normalnie. Obroniła tytuł magistra, zdała prawo jazdy, miała umowę o pracę, zaręczyła się. Przygotowania do ślubu przerwała choroba. Lekarze długo nie wiedzieli co jej jest, bo jedne wyniki badań wykluczały drugie. Po wizytach w kilku szpitalach i klinikach postawiono diagnozę. Lewa połowa mózgu dziewczyny została uszkodzona. Gdy w końcu dobrano odpowiedni lek zahamowano postęp choroby. Martyna odzyskała kontakt ze światem, zaczęła rozpoznawać ludzi i rozumieć coraz więcej. Obecnie jest porażona połowiczo, a dzięki intensywnym ćwiczeniom z rehabilitantami porusza się o własnych siłach, co bez wątpienia jest największym sukcesem.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *