felietonjanczuryIMG_5773

LUBACZÓW WŚRÓD MIAST (CZĘŚĆ II)

Ten tekst zacznie się fatalnie typową sceną. Siedziałem w Starbucksie w Katowicach. Popijałem sojowe latte, stukając palcami w srebrną klawiaturę Macbooka. Byłem po świeżo zakończonym, śląskim romansie.

Owszem, to najgorszy początek tekstu, jaki można sobie wyobrazić. Ja, wielkie miasto i zawiedzione nadzieje. Już lepiej mieć kaca albo siedzieć w fabryce. A tu jeszcze upiorna klasa średnia, do której szumnie dziś aspiruję, w swoich koszulach w kratę, wytartych spodniach i modnych fryzurach. I szalejący przemysł kreatywny w rosnących jak grzyby po deszczu, otaczających mnie biurowcach. Tak, to wszystko bardzo dobrze się miewa na Śląsku. Katowice zresztą wyglądają już jak Niemcy, nie Polska. Ale tylko z wierzchu.

„O mój Śląsku, umierasz mi w biały dzień…”
Dzień wcześniej zwiedzałem park pozostały po pałacu w Świerklańcu, a potem oglądałem telewizję z typową śląską rodziną. Typową albo i nie – rodzina wielodzietna, posiadająca wprawdzie wielki dom, ale też sporo problemów. Tu córki nie chcą pracować, tu zdrowie nie domaga, najmłodsze z pociech nie garną się do nauki. Trzeba jednak jakoś żyć. Jak wszędzie w Polsce.

A Pałac w Świerklańcu… jakaż to smutna historia! Niegdyś zwany „małym Wersalem”, pełen przepychu, do czasów II wojny światowej jedno z centrów życia niemieckiej artystokracji. W połowie XIX w. zdarzyła się tam tragedia, jakby zapowiadająca późniejszą katastrofę: młoda hrabina, podczas wycieczki konno, zahaczyła swoim pięknym szalem o gałąź drzewa i… udusiła się. Ten wypadek natychmiast podchwyciły gazety w całej Europie. Kto by pomyślał, jak wielka to była błahostka wobec tego, co stanie się osiemdziesiąt lat później.

Kiedy rozpętała się najbardziej krwawa z wojen, większość rodowitych magnatów została wymordowana przez Gestapo (mimo zdeklarowanej lojalności wobec III Rzeszy). Potem przyszli komuniści i pozbierali wszystko, co cenniejsze: bursztynowe gałki do drzwi, obrazy, meble i inne dzieła sztuki. Resztę zgarnęli Polacy. W latach 60-tych resztki pałacowych murów wysadzono. Obecnie ostała się jedynie piękna fontanna, parę rzeźb. No i park. Jest to jednak wszystko wystarczająco olśniewające, by młode pary robiły sobie tam sesje zdjęciowe. A zarazem olśniewająco smutne.

Gorzknienie — a to Polska właśnie!
Tak, historia pałacu w Świerklańcu, jak i historia śląskiej, wielodzietnej rodziny — wzruszałyby mnie one bardziej, gdybym był np. wychowanym w denazyfikacyjnym optymizmie Niemcem. Albo Francuzem. Albo chociaż Hiszpanem. Ale jestem Polakiem i kraj mój przysposobił mnie do tego, by nie płakać już po niczym. Bo w moim rodzinnym mieście też był pałac, i park, i nie zostało prawie nic, nawet postawione za komuny tandetne zwierzaki z kamienia (żółw, krokodyl i coś jeszcze, nie pamiętam). I mógłbym tak się bez końca wymądrzać, ileż to ja widziałem rodzin z problemami: ile bitych żon, ilu zuchwałych alkoholików, ile nieszczęśliwych i pozbawionych szans na rozwój dzieci. Ale czy jest tu się czym szczycić? Świerklaniec, Nakło Śląskie, Orzech — konglomerat wiosek i miasteczek, całkiem jak powiat lubaczowski. Tu jednak dojeżdżają miejskie autobusy z Katowic. Tu ludzie chwalą się, że pracują i pracowali: niegdyś w górnictwie, dziś w wyrastających jak grzyby po deszczu, katowickich korporacjach. Wiele budynków pamięta jeszcze wspaniałe Niemcy. Niemcy, które zajęli Polacy. Tak niby jest we wszystkich rejonach Polski. Wszędzie coś komuś brutalnie zabrano, coś ktoś przejął. A potem koło fortuny kręci się dalej i jednym idzie, drugim nie. O jednych powiedzą „nowobogackie szuje”, o innych, że patola aż trzeszczy.

Kto ty jesteś? Polak mały
Wycieczka w głąb Śląska przypomniała mi coś o mnie samym, coś zupełnie oczywistego. Ani mój Macbook, ani kubek kawy ze Starbucksa, ani modna koszula w kratkę nie ukryją tego, że jestem polskim dziwadłem. Istotą o sumieniu dosyć skamieniałym, raczej nie umiejącą przyswajać jakiejkolwiek formy zachodniego optymizmu. Kiedy słyszę farmazony o byciu kreatywnym, realizowaniu swoich marzeń czy braniu z życia tego, co najlepsze, mam ochotę wydać z siebie trupi rechot.

Mogę tak bez końca. Mogę napisać, że monumentalne biurowce w Katowicach nie ukryją tego, że ich fundamenty budowała Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, a między nimi pałętają się bezdomne dzieci, co tuż po tym, jak wyjdziesz z dworca i zachwycisz się śląską urbanizacją, zapytają cię o papierosa. Jak amen w pacierzu mógłbym jeździć po Europie i powtarzać: nie wzrusza mnie przemoc, alkoholizm, dyskryminacja. Nie wzruszają mnie historie o ludobójstwie, o palonych i plądrowanych pałacach. Słucham o tym od małego. Ale do rzeczy.

Czy więc Katowice, tak gęsto zurbanizowane, opakowane nowoczesnym blichtrem, to tak naprawdę to, co czeka Rzeszów za kilka, no może kilkadziesiąt lat? Do Lubaczowa pojedziemy miejskim autobusem, najlepiej jeżdżącym po świeżo wybudowanej autostradzie, a młodzież, zamiast wyjeżdżać do Niemiec, będzie miała Niemcy pod nosem: w wielkich, rzeszowskich biurowcach, skupiających w sobie całe rzesze pracowników kreatywnych?

Wątpię. Będzie raczej jak z moim romansem na Śląsku: sporo dobrych chęci, lecz jednak zbyt duża różnica charakterów. I to może nawet lepiej. Rzeszów to po prostu Rzeszów, a Lubaczów: miasto na Kresach. Raz nad tym ubolewam, a raz się w tym rozpływam. Bo owszem, Kresy to wielkie, magnackie latyfundia, na których chłopi zaznali takiego terroru, że tylko czarnoskórzy w Afryce coś takiego jeszcze pamiętają, ale Kresy to też ten leśny dwór, w którym można się schronić. I przed agresją ze wschodu, i przed agresją z zachodu. I z tą dwuznaczną metaforą Ciebie, Drogi Czytelniku, zostawiam.

Konrad Janczura

Konrad Janczura – (1988) urodzony w Lubaczowie, wychowywany w Oleszycach. Obecnie mieszkaniec Bukaresztu. W swojej debiutanckiej, dobrze przyjętej powieści „Przemytnicy” starał się ująć esencję życia pogranicza polsko-ukraińskiego. Autor opowiadań i tekstów prasowych. Na co dzień pracownik korporacji

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *