Marcin_Rokosz

OKIEM LUBACZOWSKIEGO SŁOIKA

Ostatnio miałem kolejny raz okazję powrócić w rodzinne strony. Przechadzając się w jesienny wieczór pustymi uliczkami naszego miasta, długo zastanawiałem się nad tym o czym napisać w moim drugim felietonie. Spraw ważnych i ważniejszych jest tak wiele, a każdą z nich można oceniać z dwóch stron.

Rozpocznijmy od często słyszanego u nas stwierdzenia, że „niewiele się tu dzieje, nie ma takiego miejsca, gdzie można pójść, aby spokojnie posiedzieć i porozmawiać”. Te problemy są obecne od dłuższego czasu, bowiem pamiętam jeszcze, gdy byłem przewodniczącym Młodzieżowej Rady Miasta, spotykaliśmy się z podobnymi uwagami. Teraz wydaje mi się jednak, że pod tym względem nie jest najgorzej, wskazując chociażby na reaktywowane kino czy liczne inicjatywy, o których tak często czytam w Internecie – spotkania autorskie, festiwale, czy ostatni pokaz świateł. W naszym mieście, zarówno pod względem wydarzeń, jak i miejsc, w których można się spotkać, widzę pewien postęp, co niezwykle mnie cieszy.

Jednak nieprzerwanym numerem jeden, chyba od zawsze, jest problem bezrobocia w naszym mieście. Nie jest wielką tajemnicą, że nasz region od lat zmaga się z dużym odsetkiem ludzi pozostających bez pracy. Ostatnie statystyki napawają jednak dość sporym optymizmem, bowiem z każdym miesiącem stopa bezrobocia maleje. Zauważyć również warto, że jeśli chodzi o średnie wydatki inwestycyjne to nie jest u nas także najgorzej, bowiem 726,83 złotych per capita to całkiem niemało. Wydatki, choć mają znaczący wpływ na rozwój gospodarczy miasta, to jednak nie wszystko. W odniesieniu do Lubaczowa, próżno niestety szukać efektów inwestycji wypracowanych przez włodarzy. Pisząc o inwestycjach chciałbym oczywiście mówić o sukcesach miasta, jednak za takowe trudno uznać stworzenie strony internetowej czy obecność na spotkaniach biznesowych, z których – przepraszam, ale nic nie wynika. Czy o czymś zapomniałem? Nie sposób na mapie Lubaczowa znaleźć także nowych, tworzących się miejsc pracy – które – chyba się zgodzimy – są potrzebne w naszym mieście jak nigdzie indziej. Mijałbym się z prawdą mówiąc, że nie dzieje się pod tym względem zupełnie nic. Pozostaje jednak zadać pytanie – czy to zasługa władz miasta, czy po prostu prowadzenia takiej a nie innej polityki przez chociażby Samorząd Województwa Podkarpackiego. Ten pokłada w naszym regionie dość spore nadzieje, co bardzo łatwo dostrzeże każda osoba interesująca się sprawami regionu. Po latach, kiedy rzeczywiście byliśmy traktowani jako miasto drugiej kategorii, mimo przecież tak przyjaznej dla wielu koniunktury politycznej – zaczyna się realnie dostrzegać potencjał „naszego podwórka”. Pisząc to, przypominam sobie o głośnych apelach i uwagach kierowanych do władz samorządu województwa, a wyrażanych przez niektórych z lokalnych decydentów. Pewnie pamiętają Państwo, kiedy tak szeroko komentowano, że z racji na układ polityczny będziemy traktowani jako miasto czy powiat gorzej, aby niejako ponieść konsekwencje swojego wyboru. Warto po tych kilku latach zapytać, jak wiele z tych niewątpliwe niesłusznych obaw okazało się prawdą?

Warto zwrócić uwagę, także na jeszcze inną rzecz. Miasto można porównać do przedsiębiorstwa, które tylko wtedy będzie dobrze funkcjonować, kiedy kadra zarządzająca będzie w sposób aktywny, przemyślany – a przede wszystkim rozsądny – nim kierować. W firmie nie liczą się słowa, lecz czyny. Każdy z przedsiębiorców przyzna mi rację, kiedy powiem, że aby cokolwiek osiągnąć, trzeba bardzo ciężko napracować.. Podobnie jest w polityce, kiedy mówi się, że aby uzyskać wsparcie i realizację dla pewnych projektów, potrzeba ogromnej determinacji, a może przede wszystkim chęci. Może warto zapytać więc włodarzy – jakie kroki podejmują, aby w sposób realny (!) doprowadzić do wzrostu inwestycji w naszym mieście?

Co ważne, problem braku inwestycji w naszym mieście nie jest tylko wizerunkowy, ale prowadzi do poważniejszych konsekwencji. Pisałem już o tym w moim pierwszym felietonie, że to smutne, kiedy miasto zaczyna żyć tylko w okolicach świąt. Doszedłem do wniosku, że nie powinno nas to chyba dziwić, bowiem jakie perspektywy rozwoju postawione są tutaj przed młodą osobą, która wraca z dyplomem wyższej uczelni lub wyuczonym zawodem, zadając sobie pytanie – co dalej? Stawiając to trudne pytanie, musimy sobie jednak zdawać sprawę, że żyjemy w świecie „tu i teraz”. Oczywiście, możemy ciągle narzekać – jednak zapewne do niczego dobrego to nie doprowadzi. Lubaczów to nie jest koniec świata. Kiedy rozmawiam tu z młodymi ludźmi słyszę, że kiedyś będziemy robić takie, a nie inne rzeczy, kiedyś będziemy aktywni, kiedyś będziemy się angażować. Jak bardzo polubiliśmy słowo „kiedyś”. To właśnie przez to ucieka nam życie – przez to, że ciągle żyjemy czekając na „kiedyś”. Ja jestem zdania, że warto zacząć żyć już teraz. Realizujmy swoje pasje i marzenia, nie poprzestając tylko na słowach. Tak wiele zależy od nas samych. Wykorzystajmy ten czas, który mamy – najlepiej jak potrafimy, bowiem jakby powiedział ks. Jan Kaczkowski: „Jest o wiele później niż Ci się wydaje”.


Marcin Rokosz

Marcin Rokosz – z urodzenia Lubaczowianin, z wyboru „chwilowo?” warszawski słoik. Absolwent lubaczowskiej „Jedynki” i „Ogólniaka”, były przewodniczący Młodzieżowej Rady Miasta. Z zawodu prawnik. Przygotowuje rozprawę doktorską z zakresu prawa cywilnego i polubownych metod rozwiązywania sporów. Uczestnik Pracowni Liderów Prawa w Instytucie Wymiaru Sprawiedliwości. Motto życiowe: „Warto żyć uczciwie, mimo wszystko”.

*Słoik warszawski – to dobrze ugruntowane w naszym języku określenie na osoby, które pracują, mieszkają, uczą się w Warszawie, ale nie pochodzą z tego miasta i najczęściej nie są zameldowane w stolicy

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *